niedziela, 2 lipca 2017

Lokatorka

   Podobno kryminały i thrillery to najczęściej czytane książki w naszym kraju. Może za mało mamy skoków adrenaliny po włączeniu telewizora na jakiś program polityczny, może chcemy, żeby ktoś uporządkował dziwną, kryminalną historię, a może po prostu chcemy przeżyć trochę emocji. 
    Po wystawieniu ocen i emocjach związanych z zakończeniem roku szkolnego potrzebowałam innego rodzaju emocji, dlatego sięgnęłam po książkę J.P.Delaney "Lokatorka". 
   Emma i Simon to  para młodych ludzi, która zamieszkała  w domu wybudowanym przez ekscentrycznego architekta. Najpierw jednak musieli przejść skomplikowany casting, odpowiedzieć na wiele pytań niełatwej ankiety  i zgodzić się na postawione przez architekta reguły. Dotyczyły klinicznego porządku w tym domu (szalenie trudny warunek, szczególnie dla panów, którzy zwykle wieszają wszystkie swoje rzeczy na podłogę), pewnych zachowań. Lokatorzy muszą się na nie zgodzić. To trochę odwrócona perspektywa, zwykle to ludzie tworzą, zmieniają domy, w których zamieszkują, a tutaj to dom zmienia lokatorów. Gospodarz - system zarządzający domem - jest bardzo dokładny i wymagający, dodatkowo raz w miesiącu przeprowadza - uwaga, teraz padnie słowo okropne dla nauczycieli - ewaluację. 
   Autorka zastosowała bardzo ciekawy zabieg - na początku każdego rozdziału pada jedno pytanie z ankiety dla przyszłych lokatorów domu. Mimowolnie odpowiadamy na to pytanie i zaczynamy się zastanawiać, czy ta odpowiedź jest prawidłowa, mielibyśmy szanse na zamieszkanie w tym domu. 
   Oczywiście nie chcę spoilerować, mogę tylko napisać, że jest w tej książce ciekawa historia kryminalna, trochę przewidywane zakończenie, ale mimo to - warto "Lokatorkę" przeczytać. 
   

czwartek, 22 czerwca 2017

Przypomnij sobie

     Zaczynają się wakacje, więcej czasu na czytanie i pisanie o czytaniu. To mój dziewięćdziesiąty post na tym blogu. Założyłam sobie, że dotrwam do setki i pewnie mi się to uda, ale na podsumowanie zostało jeszcze trochę czasu i trochę wpisów.
     Jutro Dzień Ojca, więc wybrałam się dzisiaj do Inowrocławia na grób mojego Taty. Czytałam po drodze książkę Eliny Hirvonen, Finki, która obecnie mieszka w Zambii. 
     "Przypomnij sobie" to cienka książeczka, która jest opowieścią o trójce bohaterów. Anna i Jonasz to fińskie rodzeństwo, ona jest studentką literatury, on pacjentem szpitala psychiatrycznego. Mają za sobą dzieciństwo, które było pełne przemocy, ojciec bił Jonasza, choć właściwie "bił" to tutaj eufemizm. W okresach między napadami złości i agresji ojca, udawali szczęśliwą rodzinę. Jonasz, nadwrażliwy chłopak, zapłacił za lata cierpień i za swoje przeżywanie świata, za nadczułość i niepokorność - chorobą psychiczną. Anna czasami próbuje wyprzeć z pamięci straszne sceny z dzieciństwa, czasami, po kobiecemu, zrobiłaby wszystko, żeby w rodzinie zapanował spokój, ład.  Więź z bratem czasami przeszkadza jej w angażowaniu uczuć, w odbieraniu świata i ludzi. Próbuje poukładać sobie życie z Ianem, amerykańskim wykładowcą literatury, ale on też jest przykładem poranionego człowieka, który najchętniej zapomniałby o swoim dzieciństwie i o przemocy, której doświadczył ze strony rówieśników, o ojcu, który wrócił z wojny w Wietnamie chory, o swojej wierze, że książki pomogą mu znieść wszystko zło tego świata i o tym, jak to przeświadczenie upadło 11 września. 
    Czy gdy spotykają się dwie osoby tak głęboko zranione, mogą zbudować coś zdrowego? Anna mówi, że czuje się przy Ianie "przerażająco przyjemnie" - niby oksymoron, ale jaki ważny w kontekście braku zgody na własne szczęście.
    Co czujecie, gdy wypowiadacie słowa "moja rodzina"? Ciepło czy zimno? Jutro Dzień Ojca, a ja miałam dzieciństwo, które można wspominać, które lubię wspominać, dzięki moim rodzicom, dzięki ich miłości. Dzięki. 

środa, 14 czerwca 2017

Makuszyński

    Czekałam na tę książkę. Makuszyńskiego zawsze bardzo lubiłam, ale dzięki mojemu mężowi (wtedy jeszcze koledze z grupy na polonistyce) dowiedziałam się, że pisał nie tylko powieści dla młodzieży. Nasz syn nieprzypadkowo ma na imię Kornel. (A córeńka to taka panna z mokrą głową).
    Czekałam na tę książkę, bo niewiele wiedziałam o życiu Makuszyńskiego. Kilka lat temu nasza przyjaciółka Irenka zabrała nas na spotkanie z panią Anną Czerwińską-Rydel, autorką książki "Słońcem na papierze". Ta książka ma podtytuł "Wesoła opowieść o Kornelu Makuszyńskim" i skierowana jest do dzieci. Na spotkaniu pisarka zdradziła więcej, niż mogła przekazać w książce dla dzieci, mieliśmy więc niedosyt wiedzy o naszym ulubionym pisarzu, a różne artykuły przynosiły o nim sprzeczne informacje. 
   Makuszyński wielkim poetą nie był, to z pewnością. Jego wiersze pełne były patosu i egzaltacji, choć nie było w nich fałszu. Mam swój ulubiony wiersz Makuszyńskiego, bo w nim można odczytać swoistą deklarację poety. Napisał w "Inwokacji": 
"Chcę serce moje jako bochen chleba
Pokrajać dla tych, których głód uśmierca,
Ty zasię spraw to, 
Aby dla wszystkich mi starczyło serca".
    Mariusz Urbanek napisał książkę o Makuszyńskim z ogromną sympatią dla swojego bohatera, jej podtytuł -"O jednym takim, któremu ukradziono słońce"- pokazuje, że nie brakuje w niej opisu smutnych, gorzkich chwil w życiu pisarza, szczególnie po drugiej wojnie światowej, gdy popadł w niełaskę, nie chciano wznawiać jego starych powieści ani drukować nowych. Pisał nie po linii, popadał w coraz większą biedę, chorował coraz mocniej, a środków do życia brakowało. 
   Ale oczywiście znajdziemy w książce także opowieści o lepszych latach życia pisarza, można nawet powiedzieć o latach chwały, był bowiem przed wojną pisarzem uwielbianym przez czytelników, choć może trochę mniej przez recenzentów, którzy zarzucali mu, że w jego książkach nie ma złych ludzi. Kochał ludzi, chciał się z każdym przyjaźnić, przekonywał, że nie ma ludzi złych, są tylko nieszczęśliwi (jak u Sokratesa: "W każdym człowieku jest słońce, trzeba tylko pozwolić mu płonąć".)
Pomagał bardzo wielu ludziom, finansowo, pisząc życzliwe recenzje, wstawiając się za ludźmi w urzędach, miejscach pracy. A przy tym był ogromnie dowcipny, był mistrzem trafnej riposty. Zapytany, czy gra na fortepianie odpowiedział "Rzadko, bardzo rzadko, nie lubię, jak mi się karty ślizgają".
   Ta książka to trochę laurka, może poza rozdziałem o antysemickich przekonaniach Makuszyńskiego. Dla mnie to jedyna skaza na portrecie mojego ulubionego pisarza - lubił poszczególnych żydów, ale ogólnie ich wyśmiewał i krytykował. Urbanek próbuje trochę Makuszyńskiego usprawiedliwić, ale mnie się wydaje, że  nie może być wytłumaczenia  dla takiej postawy. 
   Kiedy czytam książki Makuszyńskiego, śmieję się głośno, tyle w nich mistrzowskiego  humoru,  to jest opis takiego świata, jaki chciałoby się widzieć, że jeśli nawet jest w nim ból, bieda, to wokół jest wiele osób, które wyciągną rękę, pomogą, uśmiechną się i tym darmowym podarunkiem, niesamowitym cudem, jakim jest uśmiech - przywrócą wiarę, że trzeba próbować, że może życie nie jest piękne zawsze, ale bywa często i że na świecie jest wystarczająco dużo osób dobrych, aby świat przetrwał .

wtorek, 6 czerwca 2017

Król

    Przedwojenna Warszawa, boks, ulice pełne przemocy, getto ławkowe na uczelniach - to tylko niektóre wątki powieści Szczepana Twardocha "Król". 
   "Dookoła ringu zgromadziły się dwie Warszawy mówiące dwoma językami, żyjące w osobnych światach i darzące się w najlepszym razie obojętnością, w najgorszym - nienawiścią, a zwykle po prostu pełną dystansu niechęcią."
     Rok  tysiąc dziewięćset trzydziesty siódmy opisywany jest tutaj przez jednego z bohaterów omawianych zdarzeń. To, co zrobił Twardoch z narratorem to majstersztyk. Zaglądamy do świata i do wydarzeń, których już nie ma, ale których nie znajdziemy też w kronikach filmowych z tego okresu. "Morfina" tego autora działa się tylko kilka lat później, była jednak mocno psychodeliczna, ciężka. "Króla" czyta się świetnie, mimo niesamowitej przemocy, jaką opisuje, niesprawiedliwego świata, kłopotliwych bohaterów. 
   Ta powieść przypomina przedwojenne ballady uliczne, piosenki apaszowskie,  śpiewane na zamkniętych podwórkach kamienic, opiewające Czarną Mańkę czy Felka Zdankiewicza. 
   Ta książka może też  przestraszyć  podobieństwem do współczesnych czasów, ustawki falangistów, brudy polityki, podziały między ludźmi  podsycane jeszcze przez różne ugrupowania. To się dobrze nie skończyło. 
   Skrajne postawy są wpisane w młody wiek, to naturalna kolej rzeczy, że młodzi ludzie się buntują przeciw zastanej rzeczywistości, ale wraz z dojrzewaniem powinno się zauważyć, że wszelkie skrajności są niebezpieczne, że nie każdy nasz  autorytet  wytrzymuje próbę czasu.
   Ta książka jest niesamowita, żywa, okrutna, krwista, jak mówi mój brat, Tarantino mógłby się tutaj wiele nauczyć. Pulp Fiction lat przedwojennych.

poniedziałek, 29 maja 2017

Miłość i inne nieszczęścia

     Ta książka to debiut francuskiego pisarza, Oliviera Bourdeaut, przepiękna historia niesamowitej rodziny - małżeństwa i ich synka. Mama to taki Don Kichot w spódnicy, albo jeszcze bardziej ekscentryczna wersja Phoebe z serialu "Przyjaciele", świat rzeczywisty dla niej nie istnieje, liczy się tylko maleńka wyspa ich rodziny. Nie sposób jej nie lubić, choć czasami jej szaleństwa przerażają nas, "normalsów". Swojego synka nauczyła zwracać się do wszystkich w trzeciej osobie, bo uważa, że przechodzenie na ty czyni nas bezbronnymi. 
   Ojciec wydaje się żyć tylko po to, by spełniać wszelkie życzenia ukochanej, dbać o nią i o synka, poddawać się jej zwariowanym pomysłom. Codziennie nadaje swojej żonie inne imię, tańczą przez całe noce, a potem trudno jest wytłumaczyć spóźnienia syna do szkoły, trzeba wymyślać różne kłamstwa. Syn to zresztą pięknie podsumował:
 "Mój Tatuś zawsze potrafił wymyślać piękne kłamstwa dla ludzi, których kochał". 
   Prowadzą straszliwie nieuregulowany, (jak powiedziałby mój Tatuś - niezgodny z rytmem biologicznym) tryb życia, śmieją się, zmyślają różne historie, wydają przyjęcia i bardzo dużo tańczą, najczęściej do piosenki Niny Simone "Mr Bojangles". Taniec jest dla ich rodziny bardzo ważny, w tańcu jest i prośba i modlitwa, wyznanie miłości. 
   To wydawałoby się  wymarzone dzieciństwo dla młodego człowieka, pełne miłości, humoru, opowieści. Tam grozi się dziecku: "Jeśli nie będziesz grzeczny, to włączę telewizor" - i ta groźba działa. Jednak szaleństwo mamy rozkręca się - i widzimy to z perspektywy męża i syna. Syn nie do końca rozumie, co się dzieje, zauważa tylko, że "płacz w biały dzień to inny poziom smutku". Ojciec wie więcej, bo zna diagnozę lekarzy - choroba dwubiegunowa. 
      Jakże cierpliwym można być dla chorej osoby, gdy się ją kocha. Gdzie przebiega granica między szaleństwem i normalnością. Piękna książka, a "Mr Bojangles" trafi do moich ulubionych melodii. Przesłuchajcie.

czwartek, 18 maja 2017

Ślepnąc od świateł



   "Zły" sześćdziesiąt lat później? Warszawa, przestępczy świat, akcja  dzieje się głównie w nocy - stąd moje skojarzenia. Ale to tylko powierzchowne podobieństwo. Może klimatem bliżej tu do "Pałacu" Grzegorzewskiej. 
    Głównym bohaterem jest młody człowiek, Jacek, dostarczający swoim klientom -  korpoludkom i gwiazdeczkom , jak ich nazywa -kokainę. To inteligentny mężczyzna, uważa się za lepszego od innych przestępców, twierdzi, że ma zasady, jest jednak cyniczny, gardzi światem, który obserwuje, nie ma wobec niego oczekiwań. Rozwozi narkotyki jak garnki Zeptera, nie ma żadnych skrupułów, żadnych wyrzutów sumienia, jest wyprany z większości uczuć.
   Bohaterem tej książki jest także miasto, szczególnie miasto nocą. Autor w wielu momentach personifikuje Warszawę, ale to nie jest ciekawa postać. To rzeczywistość, o  której nie chcemy wiedzieć. Tym światem rządzi niewyobrażalna przemoc, totalne  zepsucie, fałsz, przekupstwo, wszystko co najgorsze. Postaci z tabloidów, aktorzy, dziennikarze, modelki, muzycy - oni są klientami Jacka, dobrymi klientami, dzięki nim zarabia naprawdę duże pieniądze. 
    Bezlitosny jest ten opis nocnej Warszawy. Język powieści jest  mocny, soczysty, ostry. Czujesz, jak to błoto wciąga cię od pierwszej do ostatniej strony, tym bardziej, że nie można się spodziewać hollywoodzkiego zakończenia. 
    To świetna rzecz, ale teraz poszukam czegoś, przy czym trochę odpocznę.
   

niedziela, 7 maja 2017

Świat w płomieniach



      Bardzo wysoka (wyższa ode mnie!) chuda dwudziestoparoletnia artystka Harriet, zwana przez innych Harry, spotyka miłość swojego życia, starszego od niej o dwadzieścia lat Felixa. Dwadzieścia kilka lat później, po jego śmierci próbuje  pozbierać swój roztrzaskany świat, ale zniechęcona traktowaniem kobiet- artystek przez świat sztuki  wymyśla przewrotną grę - proponuje trzem różnym artystom, mężczyznom, by wystawili jej prace jako swoje.
   Badania przeprowadzane na temat uprzedzeń pokazały, że studenci oceniali przedstawioną im pracę surowiej, gdy była podpisana przez kobietę. Płeć artysty determinuje więc nasze oceny. Dodatkowo artysta o nieśmiałym usposobieniu nie ma w zasadzie szans na przebicie się. Magnesem krytyków, widzów, marszandów jest pewność siebie, nawet narcyzm. Nie tylko artyści gotowi są sprzedać duszę, by zaistnieć w mediach, w świecie sztuki. Snobizm rośnie na potęgę. 
    Wszelkie działania Harry, które ona tłumaczy chęcią zemsty na artystycznym środowisku, próbą upokorzenia krytyków, ja odczytuję jako rozpaczliwe wołanie o uwagę - męża, dzieci, widzów. Ktoś z przyjaciół nazwał ją wyemancypowaną sawantką, jest zainteresowana filozofią, sztuką, neurobiologią. Każdy artysta, choć niekiedy symuluje lekceważenie wobec opinii innych, przecież tak naprawdę karmi się osądami widzów czy krytyków, to one podlewają jego ego. Artyści często są  (świadomie czy też nie) bohaterami  filmu pod tytułem "JA". Chodzi głównie o widzów, o frekwencję na tym filmie. 
   Harry nie chce się pogodzić z podziałem świata na kobiety i mężczyzn, na czarnych i białych, normalnych i nienormalnych i z konsekwencjami tego podziału. Jej eksperyment i ją samą poznajemy z relacji  wielu osób, dzieci, przyjaciół, mężczyzn, pod których nazwiskami wystawiała swoje prace. Każdy mówi innym stylem, ich relacje bywają sprzeczne, ale to my mamy zadecydować, co uznamy za prawdę o Harry. 
   Czym jest gust? Mamy własny czy ulegamy zbiorowemu , narzuconemu przez innych? Czy powinniśmy poznawać dzieło bez żadnej  informacji o twórcy, czy wiedza o jego życiu pomoże nam  je zrozumieć? 
   To mocna książka, bardzo rozwijająca, zostawiła mi kilka nazwisk, kilka haseł, które chcę poznać bliżej. I kilka pytań.